Rozdział 1

Boże... Czemu to kończy się tak...? Dlaczego to musi być takie trudne? Tyle wysiłku, czasu, myśli, ale po co? Nie mam siły, żeby zaczynać od nowa. Ale no cóż.

Sama nie podejrzewałam nigdy, że mogłabym wstać przed budzikiem... Tatuś i jego nowa praca, przez którą musieliśmy się wyprowadzić jednak przysporzyły mi kilku zmartwień... Moja stara szkoła nie była za dobra - nie błyszczała wspaniałym poziomem nauczania, nie było tam też za dużo osób o jakichś ciekawych zainteresowaniach, czy wielkich odludków. Było tam przeciętnie, odrobinę nudno. To jednak nie zmienia faktu, że moje dzieciństwo było wspaniałe i mam stamtąd wiele pozytywnych wspomnień. Eh... Przynajmniej mam Cassi. Obiecałyśmy sobie regularny kontakt.

Moje przemyślenia przerwał dźwięk alarmu z telefonu, który od pięciu minut trzymałam uporczywie w dłoni, by wyłączyć go jak najprędzej. Wstałam, wyszykowałam się i zeszłam na dół. Czekali tam moi rodzice. Mama stojąc przy blacie przygotowywała śniadanie z komiczną fryzurą, jej długie, zawsze piękne, jasne loki, teraz majestatycznie sterczały po bokach. Odwróciła się w moją stronę, a na mój widok pokazała rząd prostych, białych zębów. Jej piwne oczy wydawały się jeszcze zaspane, mimo to wciąż wyglądała pięknie. Uśmiechnęłam się do niej lekko. Wiedziałam, że bardzo podoba jej się nowy dom. 

Nagle odezwał się mój ojciec - zielonooki szatyn. 

- Masz dobry humor. To dobrze. - Mój wyraz twarzy przestał być tak przyjazny.

Nadal nie wybaczyłam mu tego, że postanowił od tak przenieść się tutaj. Nie dostał bowiem lepszej oferty pracy ani wymówienia. Nic podobnego. Jego szef jedynie napomknął mu, że sieć jego firm jest dosyć uniwersalna i zmiana miejsca zamieszkania nie zaszkodzi jego interesom. Dlatego uznał, że zawsze chciał mieszkać na południu Francji, niedaleko swojej siostry, Agaty i właśnie tutaj zawitaliśmy. Maleńka przeprowadzka z Anglii. Super. 

- Och... Aerie... - jęknęła moja mama - Twój tata chciał dla nas jak najlepiej. Nie wiń go za to.

- Jasne mamo. Przeprowadzka o pół kontynentu dalej to najlepsza decyzja. - prychnęłam nie patrząc jej w oczy. Wiem, że jest tu szczęśliwsza, ale... nadal mam swoje uczucia.

- Koniec tematu. - Stanowczo tupnął nogą, a ja miałam wrażenie, że od impetu z jakim to zrobił, pęknie podłoga. - Jeśli chcesz być szybko w szkole, to jedz i idź do samochodu. - zażądał. Chyba nie myślał, że będę jak potulny piesek.

- Dzięki, nie jestem głodna. - odpowiedziałam, zakładając buty - Przejdę się. - Wyszłam zanim zaczęły się awantury o moje zachowanie.

Droga do szkoły nie była długa. Miałam do niej około pięciu minut drogi. Już raz tam byłam, kiedy kilka dni temu zwiedzałam miasto, ale dzisiaj będzie mój prawowity pierwszy dzień w niej. Tiaa... Pierwszy dzień miesiąc po rozpoczęciu roku. Nie wiem czy wspomniałam jak bardzo nagła była decyzja rodziców.

Wchodząc do środka popchnęłam duże, oszklone drzwi. Moim oczom ukazał się korytarz. Pustki. Nie było tam prawie nikogo oprócz jakiejś całkiem niskiej dziewczyny w zielonej bluzie, która z zawieszonym na szyi aparatem, wywieszała jakieś ulotki. Podeszłam do niej ciekawa i entuzjastycznie się przywitałam. Na każde moje pytanie odpowiadała półsłówkami, dowiedziałam się jedynie, że nazywa się Peggy i jest szkolną dziennikarką. Wkrótce mnie spławiła. 

"Jeśli każdy tu jest taki... To będzie mi naprawdę trudno się zaklimatyzować."

Szczerze mówią nie bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie miałam żadnego planu lekcji, książek... W sumie nie miałam niczego. Zaczęłam szukać jakiegoś sekretariatu, jednak budynek okazał się dla mnie labiryntem.

Nagle z jednej z sal wyszła jakaś szatynka w uroczej, niebieskiej bluzce. Wyglądała na odrobinę sztywną.

- Cześć... Jestem Aerie, nowa... - westchnęłam.

- Och. Czyli to ty. - zmierzyła mnie wzrokiem - Witaj, mam na imię Melania. Pomóc ci w czymś? - Jej ton mówił inaczej, ale wydawała się być okej.

- W sumie tak. - zaczęłam - Nie wiem co zrobić. Nie mam ze sobą nic. Pomyślałam, że poszukam dyrektora albo kogoś. - szybko wytłumaczyłam. 

- Och. Jasne. Chodź za mną. Zaprowadzę cię.

Na miejscu czekał mnie gabinet dyrektora. Podziękowałam dziewczynie, zapukałam i weszłam. Pomieszczenie było urządzone dosyć... różowo...? Przy sporym biurku siedziała wiekowa kobieta w okularach i wysokim koku upstrzonym siwizną. Uprzejmie powiedziałam formułkę powitalną: "Dzień dobry, przychodzę, żeby ble ble ble". Dowiedziałam się, że wszystkie moje rzeczy są już przygotowane i dostałam wskazówki, gdzie je znajdę.

"Cel: Pokój gospodarzy - Nataniel." 
Prędko wyszłam z tego przytłaczającego pokoiku i ruszyłam w stronę schodów na parter zgodnie z słowami dyrektorki. Drzwi znajdowały się zaraz przy wejściu. Gdy weszła zobaczyłam odwróconego plecami chłopaka opierającego się o biurko. Miał krótkie, roztrzepane blond włosy, a ubrany był w ciemnoniebieski sweter. Nie powiem... z przyjemnością patrzyłam na rozbudowane ramiona.

- Hej... - Cicho powiedziałam, a on spojrzał się w moją stronę.

- Witaj. Jesteś tu nowa, prawda? - Przewertował mnie wzrokiem od góry do dołu, a ja uczyniłam podobnie. W jego twarzy wyróżniały się złote oczy, lekko przysłonięte grzywką, która swobodnie opadała na czoło. - W czym ci pomóc?

- Ja... Dyrektorka powiedziała, żebym poszukała pana Nataniela w pokoju gospodarzy, więc jestem. - podrapałam się po głowie zastanawiając się - Widziałeś go może?

- Pana Nataniela? - roześmiał się.

- Co? Źle zapamiętałam? Powiedziałam coś nieodpowiedniego? - zakłopotałam się. Miałam wrażenie, że to co powiedziałam, wziął za niezły żart.

- Nie! Spokojnie... po prostu... To ja. - powiedział szybko - Ja jestem Nataniel. Jestem gospodarzem szkoły.

- Och. - wytrzeszczyłam oczy - Cholera! Przepraszam! - roześmialiśmy się oboje - W takim razie... ja jestem Aerie.

Przedstawiłam się nadal dziwiąc. Jak mogłam tak bardzo się pomylić? Ehh...

- Okej... Mam tu przygotowane rzeczy dla ciebie. - podszedł do szafki i wyjął zalaminowaną kartkę i mały kluczyk - Trzymaj. To twój plan lekcji i klucz do szafki, w której znajdziesz wszystkie książki. Musisz załatwić sobie tylko zeszyty i jeśli chcesz to nie musisz chodzić na hiszpański i angielski. Obowiązkowy jest tylko francuski.

- Dziękuję.

Wzięłam wszystko i schowałam do plecaka.
"Tia, jestem jedną z tych dziewczyn, które nienawidzą torebek i mogą chodzić wszędzie z plecakiem."
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu, zakłopotałam się i nagle moje buty stały się niesamowicie ciekawym widokiem. Odezwałam się:

- Dobrze. To może ja już pójdę. Byłeś bardzo miły, dzięki. - Naprawdę wydaje się bardzo miły. Podejrzewam, że jest typem samotnika-kujona. To dosyć niebezpieczne połączenie, bo takie osoby są często wyśmiewanie, ale że on jest gospodarzem szkoły, to pewnie jest dosyć lubiany. W końcu ktoś musiał go wybrać na to stanowisko.

- Spoko, ale uważaj... Nie wszyscy są tu mili, szczególnie dla nowych. Ignoruj takich ludzi. - Ostatni raz obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i wyszłam.

Była dobra pogoda, dlatego wyszłam na dziedziniec przed szkołą i przejrzałam plan. Okazało się, że lekcje zaczynają się dosyć późno, a ja jak zwykle jestem za wcześnie. To dlatego panowały tu takie pustki. Pierwszą lekcją miał być angielski, uznałam, że pójdę.
"Co mi szkodzi, przecież i tak znam doskonale ten język."

Chwilę później ze szkoły wyszło dwoje nastolatków. Wysoka białowłosa dziewczyna o smukłych nogach, w dziwnym stroju, podobnie jak chłopak o białych włosach z ciemniejszymi końcówkami obok niej. Mieli ubrania jakby z innej epoki. Białowłosy był wyższy od niej o głowę, miał dziwne oczy, jedno złote, a drugie... zielone... Słyszałam trochę o tym zjawisku. Nazywa się to chyba heterochromią.

Nagle dziewczyna mnie zobaczyła, szepnęła coś do chłopaka i podeszła prędko. On się nie spieszył. Białowłosa szybko obok mnie usiadła i z wielkim bananem na twarzy się przedstawiła:

- Heej! Jestem Rozalia, ten, który się tu tak wlecze, to Lysander. A ty? Jak masz na imię?

- Hej... Jestem Aerie. - przywitałam się.

- Jesteś tu nowa, prawda? Nie widzieliśmy cię tu wcześniej.

- Taaak. Dopiero się tu wprowadziłam i przyszłam do tej szkoły... - Zaśmiałam się przypominając sobie okropną nazwę liceum... "Słodki Amoris". Nawet nie pytam co miała w głowie dyrektorka, nadając taką nazwę.

- To super! Z chęcią oprowadzimy cię z Lysem, prawda? - spojrzała na niego.

- Tak. Z przyjemnością. - uśmiechnął się miło. Biła od niego tajemniczość.

Ruszyliśmy znowu do środka. Rozalia opowiedziała mi trochę o tym miejscu i o innych uczniach. Dowiedziałam się, że nauczyciele są dosyć wymagający oprócz Farazowskiego, który jest tu nowym nauczycielem historii i Borysa, który jest... po prostu w-fistą. Są tu również dwa kluby - koszykarski i ogrodniczy, a dyrektorka wiecznie prowadza się po szkole z psem. Jest tu też mega miła Su, która ciągle biega i pomaga każdemu, Amber - okropna, "zła do szpiku kości" siostra Nataniela. Białowłosa opowiedziała mi też po krótce o swoich przyjaciółkach.

- Jest też Melania, która bardzo często pomaga Natanielowi w sprawach szkolnych i Peggy, która jest dziennikarką do szkolnej gazetki. Nie polecam jej mówić osobistych rzeczy... Jej praca nie pozwala jej odróżnić tego, co powinno się znaleźć w gazetce, a co nie... - powiedziała, a ja kiwnęłam głową.

- Te dwie dzisiaj poznałam. Melania mi pomogła, a Peggy bardzo łagodnie mi zakomunikowała, że nie zamierza ze mną rozmawiać, kiedy wieszała jakieś ulotki.

- Naprawdę? - zdziwiła się - Zwykle taka nie jest. Musi mieć gorszy dzień... Na pewno nie chciała cię urazić.

- Okej... A właśnie... Co masz teraz? - spytałam.

- Teraz nic, mam okienko, bo zrezygnowałam z jednej lekcji. A ty?

- Och... Szkoda... Ja mam teraz angielski. - zasmuciłam się - Wiesz. Myślałam, że może usiadłabym z tobą. Oczywiście jeśli nie miałabyś nic przeciwko.

- Pokaż mi swój plan! - Wzięła go i zaczęła przeglądać. - Mamy ten sam plan, ale ja chodzę tylko na francuski. - Ucieszyła się, co pokazywała wymachując ręką nad kartką. - Możemy siedzieć na innych lekcjach, a na angielskim... usiądź z Lysandrem! - spojrzała na nas z uśmieszkiem - Co wy na to?

- Ja... - zaczęłam - Jeśli Lysander się zgodzi...

- Oczywiście. Na angielskim siedzę sam, ale z chęcią usiądę z tobą. - powiedział z serdecznością.

- Dziękuję.

Zamieniliśmy jeszcze kilka słów i zadzwonił dzwonek na lekcje. Musiałam przyznać, że oboje byli bardzo mili i ich polubiłam. Mimo, że nie mówiłam zbyt dużo o sobie, to Roza nie zwlekała, by opowiadać o wszystkim i o niczym. Chłopak raczej był cicho i przysłuchiwał się naszej rozmowie albo bujał w obłokach, ale wzbudził moją sympatię.

Na angielskim nauczyciel był bardzo miły. Okazało się, że również był Brytyjczykiem, podobnie do mnie, chociaż ja jestem w połowie Francuzką. Powiedział, że jestem nowa, więc powinnam się przedstawić, oczywiście w jego języku. Wszyscy byli pod wrażeniem płynności mojej wypowiedzi, ale w końcu, byłam dwujęzyczna od małego. Gdy usiadłam z Lysandrem, chwilę rozmawialiśmy. Dowiedziałam się czemu chodzi na angielski, bo przecież innych uczniów nie było wielu, raczej mała garstka. Chłopak bowiem pisał wiersze i teksty piosenek, a zamiast zawsze pisać w rodzinnym języku, często sięgał po inne.

Na przerwie Rozalia przyprowadziła do mnie swoje przyjaciółki. Każda z nich była inna. Violetta wydawała się nieśmiała i często bujała w obłokach. Iris wydawała się miła, ale odrobinę naiwna, a Kim... istna bomba, ciemnoskóra dziewczyna, bezpośrednia i z ciętym językiem. Była też Priya, z którą doskonale się dogadywałam. Wspaniale spędziłam z nimi czas, były naprawdę zabawne. Sama Roza była niesamowita. To prawda... lubiła dużo gadać, ale była wyrozumiała i potrafiła dobierać słowa, tak, by nikogo nie urazić.

Na innych lekcjach było podobnie, kilka słów o mnie, trochę pytań i przejście do właściwej lekcji. Okazało się, że na szczęście mieli podobny materiał, który miałam w starej szkole, czyli obyłam się bez zaległości.

Po ostatniej godzinie w szkole, włożyłam wszystkie książki do szafki i ruszyłam w stronę wyjścia. Gdy szłam obok drzwi pokoju gospodarzy, wyszedł z niego Nataniel.

- Idziesz już do domu? - spytał.

- Tak. A ty? - zatrzymałam się.

- Też... - urwał - Mógłbym cię odprowadzić?

Po powiedzeniu tego wyglądał jakby ulżyło mu, że wydusił z siebie to pytanie. W sumie... nie miałam zbytnio z kim wrócić, a miło pogadać w drodze powrotnej. Chyba się nawet polubiliśmy. Dobrze wiedzieć, że zrobiłam na ludziach pozytywne wrażenie.

- Och... Jasne. - zgodziłam się.

Idąc razem do domu rozmawialiśmy o głupotach, dowiadując się o sobie kilku rzeczy, na przykład tego, że Nataniel jest wielbicielem kotów czy o tym, że mieszkamy po kompletnie różnych stronach miasta... Trochę mu współczułam podwójnej drogi, ale byłam również wdzięczna za przyjemnie spędzony czas. Ledwo zauważyłam, że już jestem w domu... Moim nowym domu.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 2