Rozdział 2

 Gdy wróciłam wczoraj ze szkoły, moi rodzice nic nie wspominali o moim porannym zachowaniu. W sumie dobrze. Nie miałam ochoty ich przepraszać za wyrażenie mojej subiektywnej opinii. Dzisiaj też nie miałam zbytnio ochoty z nimi rozmawiać, mimo, że nowe miejsce bardzo mi się spodobało. Dlatego właśnie szybko się wyszykowałam, założyłam pierwsze lepsze, wygodne dżinsy, luźną białą koszulkę i lekką bluzę. Cicho zeszłam po schodach i równie cicho zamknęłam drzwi, podczas gdy mama z tatą rozmawiali w najlepsze. Odetchnęłam z ulgą, że wszystko poszło gładko i ruszyłam w stronę szkoły.

Po drodze przyglądałam się różnym domom. Wow... Mieszkałam w dosyć bogatej dzielnicy, pomimo, że moi rodzice wcale nie zarabiali kroci. Tata miał sporą pensję, która wystarczała na utrzymanie domu, jedzenie, benzynę do samochodu i jeszcze parę wygód, ale nigdy nie kupowaliśmy nic, co nie było potrzebne. Mnie i mojego brata zawsze wychowywano tak, byśmy wyrośli na oszczędnych i odpowiedzialnych ludzi, dlatego właśnie mój brat skończywszy swoje 18. urodziny zadomowił się w skromnej kawalerce z dwoma niewielkimi pokojami, łazienką i kuchnią w racjonalnej cenie. Nigdy nie lubiliśmy przepychu.

Z moich rozmyśleń wyrwał mnie ciepły, męski głos.

- Witaj, Aerie. - Gdy spojrzałam w stronę dźwięku, zobaczyłam Lysandra, który właśnie wychodził z domu i znów, podobnie jak wczoraj wyglądał nietuzinkowo w swoim wiktoriańskim stroju. Czarny surdut z obfitym w guziki zapięciem, pod nim równie ciemna kamizelka, a jeszcze niżej biała koszula. To wszystko zaakcentowane zielonym żabotem. Inspirujące...

- Hej! - uśmiechnęłam się - Mieszkasz tu? - spytałam ciekawie przyglądając się jego domowi. Wyglądał podobnie to tych, które widywałam w Anglii w dzielnicach... no tak... wiktoriańskich.

- Taak, razem z bratem. - Westchnął i uśmiechnął się tajemniczo. Szczerze to trochę wstyd mi przyznać, ale rozmawiając z nim nie wiedziałam, na które oko patrzeć... Wiem, to dziwne, ale zawsze patrzę ludziom w oczy, rozmawiając z nimi, ale w tym przypadku, zbija mnie to z tropu.

- Och. We dwoje? - zdziwiłam się - W tak dużym domu...? - Rozszerzyłam oczy, a on się zaśmiał. Pewnie rozśmieszyła go moja mina.

- Tak. Mieszkaliśmy tu wcześniej jeszcze z dziadkami... - trochę spochmurniał - Ale już nie.

- Och... Przepraszam. - Czy zakłopotaniem można nazwać poczucie winy jakie odczułam, wywołując ten temat? - Ja... Mieszkam niedaleko.

- Naprawdę? Gdzie?

- Dosłownie kilka domów dalej. - Powiedziałam i mimowolnie wskazałam za siebie.

- Czyli mieszkamy obok siebie. - uśmiechnął się - Może będziemy częściej chodzić razem do szkoły? - zaproponował.

- Tak. Możemy. - zgodziłam się, unosząc przy tym ramiona - Dla mnie bomba.

W takiej przyjemnej atmosferze dotarliśmy do szkoły. Szczerze, nie spodziewałam się, że ten spokojny i poważny Lysander może sprawić, że aż tak się uśmieję. Jednak nic nie trwa wiecznie, dlatego rozeszliśmy się w swoje strony. Ja prawie natychmiast przypomniałam sobie, o czym się wczoraj dowiedziałam. Kluby szkolne! Ruszyłam w stronę pokoju gospodarzy, żeby się doinformować.
"Nataniel powinien mieć odpowiednie informacje."

Rzeczywiście, gdy weszłam, chłopak przywitał mnie bardzo ciepło i od razu przeszedł do rzeczy. Opowiedział mi, że zapisując się do klubu muszę wpłacić trochę pieniędzy i mam obowiązkowe pięć dni chodzenia w każdym z dwóch semestrów tego roku; w przyszłym, mogę zmienić kółko. Dosyć wygodna była możliwość nieuczęszczania - przez tydzień sprawdzić czy mi się podoba, a jeśli nie lub z jakichś powodów nie mogę, to wystarczy przestać przychodzić.

Oczywiście z moją cierpliwością, nie wyobrażam sobie siebie jako ogrodniczki, a z resztą uwielbiam koszykówkę. Mimo, że nie jestem za wysoka - mam jedynie trochę ponad metra sześćdziesięciu - to i tak zawsze szło mi w miarę dobrze, swój brak wzrostu wynagradzałam celnością w rzutach i sprawnością w poruszaniu się na boisku.

Gdy zadzwonił dzwonek ruszyłam na lekcje. Pierwsza czekała mnie matematyka - w przedmiotach ścisłych byłam całkiem dobra, o ile chciało mi się wysilić swój leniwy mózg, który często wolał nie myśleć o tym, co potrzeba. Gdy weszłam do klasy zobaczyłam Rozalię, która z wiecznym uśmiechem oczekiwała, bym usiadła razem z nią.
"Krótko ją znam, ale jest kochana."
Za nią siedział Lysander skrobiący coś wytrwale w notatniku. Uśmiechnęłam się na myśl o tym lekkoduchu.
"Może pisze wiersz? Kto wie..?"

Lekcja minęła szybko. Znów zaczęłam myśleć o tej całej koszykówce i okazało się... Że Nataniel powiedział mi wszystko oprócz... tego kiedy mają być treningi... Co oznaczało, że znowu czekała mnie krótka podróż do pokoju gospodarzy.

Po drodze zobaczyłam dziewczynę z kręconymi, brązowymi włosami, trochę przypominającymi moje, ale o wiele krótszymi - moje były do lędźwi, a jej do ramion. Była w dodatku jeszcze niższa niż ja. Szła za rękę z brązowowłosym też nie za wysokim chłopakiem, ale za to o szerokich ramionach i z uroczą grzywką przysłaniającą jego zielone oczy. Wyglądali na bardzo roześmianych i dobrze czujących się we własnym towarzystwie.
"Ciekawe kim oni byli?"

Po chwili znalazłam się przy odpowiednich drzwiach, wydobywały się stamtąd dziwne odgłosy, zapukałam cicho i otworzyłam drzwi, ale zamiast wchodząc, zostałam wypchnięta na korytarz przez wysokiego chłopaka o dosyć długich, czerwonych włosach. Prawie upadłam, a on jedynie na mnie spojrzał najpierw z niepokojem, a potem z pogardą, powiedział ciche "sorry" i odszedł szybkim krokiem. Pozostało mi jedynie myśleć, że nie zrobił tego specjalnie.

- Przepraszam za niego... To moja wina... - usłyszałam zakłopotany głos blondyna - Był na mnie wściekły... - przygryzł wargę - Wejdź.

Zgodnie z jego prośbą, weszłam.

- O co chodziło? Nie rozumiem... - powiedziałam przypominając sobie złość jaką emanował nieznajomy - Kto to?

- Och... To był Kastiel. On... Jest trudny. Nie za bardzo mnie lubi. - Oznajmił, po czym jednak się poprawił. - Nienawidzi mnie.

- Czemu...?

- To nie jest dobry temat... Stare czasy. - westchnął z... zażenowaną (?) miną - W każdym razie... Od kilku dni robił sobie wagary, a teraz nie chciał podpisać usprawiedliwienia...

- Okej... Wolę już nie wchodzić w szczegóły. - Oznajmiłam, żeby dodać mu otuchy i by mógł odetchnąć. - To wasza sprawa.

- Dzięki. - uśmiechnął się nadal w nie za dobrym humorze - Czegoś potrzebujesz? Bo chyba po to przyszłaś?

- A... tak. - przytaknęłam - Nie podałeś mi dni i godzin spotkań klubu.

- Serio? Byłem pewien, że o niczym nie zapomniałem. - zaśmiał się ze swojego błędu - Więc... spotkania koła koszykarskiego... są we wtorki o 15:00. - powiedział zerkając do terminarza na ścianie.

"Czyli dzisiaj, zaraz po lekcjach."
Szybko podziękowałam i wyszłam. Znowu przypomniał mi się ten od usprawidliwień. Wydawał się... ciekawy?

Po lekcjach wyjęłam z szafki przygotowany sobie wcześniej strój - przylegające legginsy i imitującą koszykarską - koszulkę. Przebrałam się i ruszyłam na salę gimnastyczną, która okazała się ogromną halą. Na środku stał rosły, jasnowłosy mężczyzna, zapewne pan Borys oraz kilku uczniów, głównie chłopaków, bo z dziewczyn zauważyłam tylko Kim. W oczy rzuciła mi się również czerwona czupryna chłopaka, który mnie popchnął. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a on uśmiechnął się zawadiacko.

- Ty tutaj, dziewczynko? - spytał z głupim wyrazem twarzy.

- Tia, a ty, "dziewczynko"? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

Spojrzał na mnie szukając punktu do zaczepki, ale odezwał się nauczyciel i przestałam na niego zwracać uwagę.

- Witajcie ponownie. Dzisiaj jak zwykle... pogramy w kosza. - oznajmił mężczyzna z tonem jakby mówił do niepełnosprawnych umysłowo - Przywitajcie też nową uczennicę, Aerie, która dzisiaj zapisała się do klubu.

Nikt mu nie odpowiedział.

- Taaak... - westchnął - No to zaczynajcie. - poinstruował.

Piłki już były na sali, dlatego od razu zaczęła się gra. Graliśmy wszyscy, bez podziału na płeć. Było bowiem za dużo dziewczyn... aż dwie - w tym ja. Czerwonowłosy był w przeciwnej drużynie i nie zwlekał z pokazywaniem swoich umiejętności. Co chwilę trafiał celnie do kosza, zapewniając swojej drużynie punkty i niebywałą przewagę. W naszej drużynie, mimo, że oprócz Kim i mojej skromnej osoby, było jeszcze trzech chłopaków - grałyśmy najlepiej. Ona dobrze podawała, ja strzelałam.

- Dobra... Idzie wam świetnie... - powiedział znudzony trener - Wybierzcie sobie jedną osobę z każdej drużyny i niech stoczą pojedynek jeden na jednego... - szybko się poprawił - ... bądź jedną.

Oczywiście on musiał się zgłosić, podczas, gdy ja również chciałam się wykazać.

- Kastiel przeciwko Aerie. - zapowiedział zadowolony Borys.

Okej. Niech gra się zaczyna.

Kim wyrzuciła nam do góry piłkę. Oczywiście byłam niska, dlatego nie było szansy, żebym ją sprzątnęła sprzed nosa takiemu wielkoludowi. Mimo posiadania przewagi, chłopak odczuwał problemy, związane z moją obroną kosza. W końcu, w najmniej spodziewanym momencie, odebrałam mu piłkę i poprowadziłam ją do rzutu. Przeszkodził mi i próbował ją zabrać, ale w tej chwili mój wzrost okazał się zaletą - przebiegłam obok i tym razem celnie trafiłam do kosza. Kolejne zmagania były coraz trudniejsze, bardziej męczące, ale wyrównane. Szliśmy łeb w łeb. Kiedy ja zdobywałam dwa punkty, on zdobywał kolejne dwa, aż doszło do wyniku 26:23 dla niego, ale nikt nie mógł mi odmówić, że mój ostatni, trzypunktowy rzut przed końcem był spektakularny.

Po skończonym pojedynku, Kastiel podszedł do mnie.

- Dobra... Grałaś całkiem okej. - Powiedział zdumiony, ale żeby nie było zbyt kolorowo, za chwilę utarł mi nosa - To pewnie dlatego, że ostatnio nie jestem w formie.

- Taaa... Dzięki. - prychnęłam.

- Dobra, mała. - przybrał wrogi wyraz twarzy - Ja spadam, a ty podskakuj wyżej, może kiedyś złapiesz obręcz od kosza. - zażartował i ruszył w stronę wyjścia.

Prowizorycznie spojrzałam na kosz i byłam pewna, że przy moim wzroście, to raczej wątpliwe.
"Ale z niego śmieszek..."

Wyszłam z treningu wykończona, ale zadowolona. Gdy szłam korytarzem koło tablicy ogłoszeń rzuciła mi się w oczy jedna z ulotek, które rozwieszała Peggy.
"W sumie nawet jej nie przeczytałam, może spojrzę"
Czytając podane w niej informacje, dowiedziałam o zbliżających się międzyszkolnych zawodach koszykarskich, co mnie bardzo zaciekawiło. Gdy skończyłam przeglądać ogłoszenie usłyszałam za sobą jakieś głosy.

- Ehhh... Patrz... Widzisz to Li? - Powiedziała jakaś dziewczyna, a ja się odwróciłam. Była to blondynka z włosami idealnie zniszczonymi lokówką i makijażem, który woła o pomstę do nieba.

- Tak... Zobacz jaka czerwona! - Zaśmiała się druga, zapewne Li, patrząc w moją stronę. Była chudą Azjatką. Obok niej stała ładna dziewczyna.

- Okej... - Skomentowałam to nie wiedząc o co chodzi i próbując je wyminąć, ale zagrodziły mi drogę.

- Gdzie się wybierasz, szmiro? - spytała specjalistka od tapety.

- Tam gdzie was nie ma. - westchnęłam znudzona.

- Myślisz, że tak łatwo ci odpuścimy? Podrywałaś przyszłego chłopaka Amber! - zawołała trzecia z nich.

- Właśnie... - wycedziła przez zęby główna "szantażystka" - Kastiel jest mój! Zrozumiałaś?

- Jasne. Zluzuj blondyneczko. Nie podrywałam żadnego Kastiela, tylko grałam w kosza. - wytłumaczyłam, próbując zachować spokój.

- Taaa... Jasne! Na pewno go podrywałaś, tylko po prostu nieudolnie...

- Zamknij się Charlotte! - powiedziała Amber, jej imienia zdążyłam się już dowiedzieć - A ty! - zwróciła się do mnie - Trzymaj swoje łapska przy sobie!

- Dobra, Amber... - odezwał się ktoś. Był to niebieskowłosy chłopak, który szedł z drugim, czarnowłosym wbijającym swój wzrok w konsolę. - Wszyscy wiemy, że boli cię twoja niespełniona miłość do Kastiela, ale zostaw biedną... - tu spojrzał w moim kierunku.

- Aerie. - powiedziałam.

- Zostaw biedną Aerie. - dokończył chłopak, szczerząc się do mnie.

- Pff... - Blondynka wydała z siebie dźwięk, jakby właśnie ktoś odebrał jej lizaka. Odwróciła się na pięcie i odeszła ze swoją świtą.

Gdy zostawiła mnie z dwójką chłopaków, rozmawiałam z nimi przez chwilę, a oni zaproponowali mi odprowadzenie do domu. W drodze ze szkoły, dowiedziałam się, że ten, który mnie bronił, to Alexy, a ten drugi, to jego brat bliźniak - Armin. Jak zostałam przez nich poinformowana, Amber, z którą prowadziłam ten, jakże rakotwórczy dialog, była nikim innym jak wyrodną siostrą naszego kochanego gospodarza - Nataniela. Aż takiego zaskoczenia nie podejrzewałam.
Głównie nawijał niebieskowłosy, który nie dawał dojść nam zbytnio do głosu. Mimo to, zamieniłam parę słów z czarnowłosym; okazało się, że kocha grać we wszystko, byle nie pokemony. Wymieniliśmy się nawet nazwami kont na steamie. Ten czas znów minął mi bardzo przyjemnie.

Po całym dniu, łącznie z odrobieniem lekcji, "taaak... nawet matmy", zadzwoniłam na skypie do Cassi. Opowiedziałyśmy sobie wszystko z kilku dni i po dobrych trzech godzinach rozmowy, wyłączyłam laptopa i z dobrym nastrojem położyłam się spać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 1